Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Channel Catalog


Channel Description:

blog parentingowy

(Page 1) | 2 | newer

    0 0

    To jeden z moich ulubionych koktajli, ponieważ jest: wyjątkowo szybki do zrobienia – nie musimy kruszyć lodu, nie musimy niczego muddlować, w ostateczności nawet shaker nie jest nam potrzebny baaardzo orzeźwiający składniki do jego wykonania są łatwo dostępne [szczególnie latem, choć i zimą lepiej zaopatrzone markety nie pogardzą arbuzem] tani [sok z arbuza, cytryna (ew.limonka), cukier, wódka] nie wymaga zdolności barmańskich aby go poprawnie i smacznie wykonać dobrze się prezentuje nawet gdy nie mamy w zanadrzu szklanic typu „cosmopolitan” garnishowanie jego jest bardzo efektowne  ;-) Przebywam obecnie u rodziny w południowo-wschodniej Polsce. Bawię się przednio. Powoli żegnamy lato, grabimy liście, suszymy orzechy… Aby choć na chwilę zatrzymać letni nastrój, wpadłam na pomysł watermelon-tini -mmm! Nie mam ze sobą żadnych przyborów, które ułatwiają życie podczas robienia koktajli, ale takie wyzwania nie są mi straszne. Każdy ze składników był w domu więc zbędne były nawet zakupy. Potrzebne nam będą [porcja na 1 drink]:  ok.120 ml soku z arbuza 10 ml soku z cytryny [jeśli macie limonkę to jeszcze lepiej!] 10 ml syropu cukrowego lub pół łyżeczki brązowego cukru 50 ml wódki lód Dobrze mieszamy sok z arbuza z cukrem i cytryną, dodajemy wódkę i przelewamy do szklanicy pełnej lodu. Na koniec dekorujemy kawałkiem ...

    0 0

    Dla mnie mogą istnieć jedynie orzeźwiające i szybkie w przygotowaniu drinki. Russian Bride i inne kremowe potwory są za ciężkie by móc je sączyć cały wieczór. A tych rześkich nie mam dość, nawet gdy wieczór jest bliski końca. Watermelontini już był na tapecie [przepis na niego: TU ], w takim razie pora na kolejny z moich faworytów: caipirinha [czyt.kajpirińia]. Brazylijski wynalazek, banalny w przygotowaniu, prosty przy realizowaniu listy zakupowej – czyli 10/10. Potrzebujecie do niego: 3 /4  limonki 75 ml cachaçy [ brazylijskiej wódki] brązowy cukier lód kruszony Pokrój limonkę na 6 lub 8 części. Wsyp do szklanki 3 łyżeczki brązowego cukru i 5-6 kawałków limonki i za pomocą muddlera ugnieć limonki delikatnym ruchem, aby wycisnąć z nich jak najwięcej soku. Dodaj 75 ml cachaçy i za pomocą łyżki zdecydowanym ruchem wymieszaj składniki [cukier nie musi się dokładnie rozpuścić]. Dodaj lód kruszony, aby wypełnić szklankę po brzegi, udekoruj limonką bądź miętą. Voila! [printfriendly] A tu cały proces w kilkunastu krokach: © Wszystkie zdjęcia* i teksty umieszczone na tym blogu chronione są prawem autorskim. *chyba, że zaznaczone jest inaczej.

    0 0

    Nie wiem co sugeruje Wam nazwa tego koktajlu, ale mi sugeruje to, że będzie on z pewnością wyjątkowo dobry a wieczór z nim w roli głównej baaardzo udany :-) Jeśli lubicie wanilię w dużych ilościach, lekką śmietankowo-kawową nutę w drinkach – to nie powinniście się za długo zastanawiać. Warto zacząć gromadzić składniki już teraz, aby w piątek i sobotę dobrze się bawić. Do screaming orgasm potrzebujcie: 50 ml wódki waniliowej [ dwie laski wanilii zanużone na tydzień w butelce pięknie aromatyzują każdy alkohol] 25 ml likieru Sheridan’s [ ewentualnie klasycznego Bailey’s, jeśli macie problem z dostaniem Sheridan’sa] 50 ml śmietanki kremówki sos czekoladowy w butelce lód w kostkach Wykonanie: do szklanicy wlewamy 50 ml wódki, 25 ml Sheridan’sa i 50 ml kremówki dodajemy lód w kostkach i mocno potrząsamy [ najlepiej w boston shakerze] dekorujemy cosmopolitan glass sosem czekoladowym wlewamy mieszankę do udekorowanego kieliszka [ bez lodu – lód miał za zadanie jedynie ochłodzić miksturę podczas wstrząsania ] Cin Cin! Hava a screaming weekend! ;-) [printfriendly] Wersja bezalkoholowa: 25 ml syropu waniliowego Monin 10 ml espresso 50 ml śmietanki kremówki 50 ml mleka 3,2%

    0 0

    Z natury jestem efekciarą. Lubię wyraziste, silne i dające po oczach akcenty. Nieszablonowe połączenia. Zaskakiwać też lubię. O, i uwielbiam wielkie wejścia! Takie z przytupem. Wiecie co mam na myśli, prawda? Otwarte z zachwytu buzie i rozszerzone źrenice. Lubię jedzenie, które dobrze wygląda na talerzu. Lubię drinki, które krzyczą, żeby je wypić od razu. No, ale od samego lubienia, to my nie ugasimy pragnienia! W Polsce nie dopatrzyłam się jeszcze powszechnej kultury picia szotów. Tych małych barmańskich kreacji, na których punkcie świat kiedyś oszalał. Słyszeliście o B-52? Ater five? Brain damage też należy do tych nieśmiertelnych, których recepturę zna każdy szanujący się barman ;-) Których to nie nalewa się łatwo jak wódkę. Trzeba odmierzyć, wypoziomować i chlupnąć jedną kropelkę ;-) Brain Damage będzie ciekawym wyzwaniem na urodzinową imprezę albo Halloween. Do Brain Damage potrzebujecie: 30 ml likieru brzoskwiniowego Archers lub np. cydru, którego ja właśnie użyłam 20 ml Bailey’s lub innego kremowego likieru odrobinę Blue Curacao [czyt.: blu kuraso] – ja dodałam likier jagodowy 2-3 ml soku z grenadyny Sposób wykonania: nalewacie do kieliszka Archers lub cydr następnie przykładacie małą łyżeczkę tuż nad poziom wlanego likieru i powoli po rączce lejecie Bailey’s [jak pokazałam na zdjęciu]. Aby dwa likiery się ...

    0 0

    A niech mnie! ;-) Primo – nie mów, że on nie działa dopóki nie sprawdzisz. Secundo – a jak już sprawdzisz, to koniecznie podziel się ze mną wrażeniami i analizą skuteczności. Mam na myśli ten sposób na upały, to chyba jasne… Zaszalałam z tym libido, co nie? :-D Ostatnio było upalnie jak nigdy. Wszyscy zaczęli narzekać, że jest im gorąco, parno, duszno. Że nie dają już rady. Że ten pot z czoła i pleców wlewa im się do majtek. Że chcą nad morze. Że chcą wakacji. Że nie mają urlopu. Że nie mają siły. Że libido niskie i cycki małe. A my tymczasem sączyliśmy sobie ten dar niebios i trochę chichraliśmy się z Was, ale zdecydowałam, że już dłużej nie mogę być taka dla Was okrutna. Cruella de Mon ze mnie marna. W końcu powiedziałam do mojego Męża : Skarbie, nie mam już siły patrzeć się na tych zmęczonych latem męczenników. Wykażę się dobrocią i podzielę się z nimi naszym panaceum na całe to gorące, diabelskie zło. No dobra… Jeśli naprawdę już musisz. Tak się słodko męczyli a my się tak dobrze przy tym bawiliśmy… [za to „słodko” mi się oberwie ;-P on nigdy tak nie mówi :-D ] Jednak ...

    0 0

    Sezon na maliny powoli będzie zbliżał się ku końcowi. Ja je zawsze rzewnie opłakuję, z prostej przyczyny – gdy są one na krzakach i można zbierać je garściami, to nie robią na mnie większego wrażenia, a gdy jest ich coraz mniej zaczynam panikować, że witaminy mi uciekają, że nie doceniałam ich mnogości, że jak zwykle trzeba mnie namawiać do ich jedzenia… Mentalność czterolatka, powiadam Wam ;-) Toteż prawie na zakończenie sezonu malinowego przedstawiam z największą przyjemnością mój ulubiony smoothie / koktajl malinowy z sokiem z bzu, którym raczy mnie ukochana mama mojego męża. Gdyby nie ten sok, to nie tylko ten smoothie nie smakowałby tak samo, ale i nasze długie zimowe wieczory z gorącą herbatą w ręku nie miałyby już tego smaku, zapachu i cudownej bzowej aury ;-) Do wykonania koktajlu / smoothie potrzebujecie: 2-3 garście malin jogurt naturalny bądź kefir / wedle uznania 2-3 łyżki soku z bzu opcjonalnie garść lodu Sposób przygotowania: zmiksujcie maliny wraz z jogurtem i sokiem z bzu dodajcie kruszony lód i zmiksujcie raz jeszcze [printfriendly] Jakie owocowe koktajle idą w ruch u Was podczas letniej aury? Niezmiennie szukam inspiracji :-) Dosładzacie je? Jeśli tak, to czym?   Feel free to read this post in ...

    0 0

    Nadeszła chwila prawdy – po drugiej ciąży zostało mi jeszcze 10 kilogramów. 10 wybitnie ciężkich i wkurzających kilogramów, które mam zamiar zrzucić, zgubić, pozbyć się, wyrwać, oddać – cokolwiek. Cokolwiek, niech tylko już nie będą dzielić ze mną tej samej łazienki, łóżka, ciała! Nie żartuję! Już 10 kilogramów poszło sobie precz. I nie poszły one sobie same, bo to efekt ograniczenia spożywania tłuszczów i ruszenia czterech liter ukierunkowanych na moje hulahop, którym od trzech miesięcy piruety kręcę, i orbitrek, na który wsiadam 2 razy w tygodniu. Nie jestem typem, który wyjdzie z domu i po prostu zacznie biegać, jak obecnie cała Polska. Nie lubię biegać i nie mam zamiaru się do tego przekonywać. Od jakiegoś czasu zauważyłam niestety, że waga stanęła w miejscu. Raz po raz jest 30 deko mniej lub więcej, ale ja żądam efektów spektakularnych, a nie dekagramowych! Jeeez! Nie będę ukrywać, że chcę wcisnąć się w jeansy sprzed ciąży i to jeszcze przed czerwcem. Mamy Nowy Rok, mamy prawie wiosnę. W sklepach wysyp cytrusów. Doszłam do wniosku, że witaminy zrobią mi dobrze. I zamiast po pączka będę sięgać po zdrowe, wysokobłonnikowe dobra natury ;-) Problem jest jeden. Nie ma szans, abym zmusiła się do przeżuwania kilku pomidorów ...

    0 0

    Nadszedł czas na trzeci z moich ulubionych drinków, zgodnie z ostatnią obietnicą! Yayyy! Nie mogłam się doczekać, aby się nim z Wami podzielić. Zrobiliśmy na blogu ostatnio mój ulubiony arbuzowy drink z prądem [klik] i caipirinhę w wersji klasycznej [klik]! Mmmm! Po Waszych mailach sądzę, że były to strzały w dyszkę. Moją trzecią ulubioną opcją na lato jest mojito. Uwielbiam to klasyczne, którzy wszyscy znają, ale latem nie ma opcji, abym nie zaszalała i nie dodała malin, tym bardziej, że sezon na nie pomału się zaczyna. Mojito malinowe to mega kobiecy drink, chociaż mężczyźni też go uwielbiają, czego przykładem jest mój M. Rześkość przełamana lekką słodką-kwasowością, cudo! Z mnóstwem antyoksydantów, które przydają się szczególnie latem. Moje pierwsze malinowe mojito robiłam w Anglii pracując w jednym z Revolution Vodka Bars a następnie The Pitcher n Piano Bar, swoją drogą – szkolenia w tych miejscach należą do najlepszych i najbardziej efektywnych w Europie, dlatego kiedy będzie Wam dane być np. w Londynie, warto przejść się i spróbować ich receptur. W tym drugim własnoręcznie przed każdą zmianą ucieraliśmy maliny na pure, aby móc je później w ogromnych ilościach zaserwować klientom w koktajlach. Ba! Z malinami to był pikuś. Najwiecej zachodu było z krojeniem limonek, które kroiło się ...

    0 0

    Ten deser z nasion chia chodził za mną kilka dobrych miesięcy. Po pierwsze, myślałam, że ten pudding to jakaś wyższa szkoła deserowej jazdy i powinnam sobie odpuścić. Kiedy doczytałam jakie składniki są potrzebne, to wpadła mi do głowy myśl, że [cholera] to jakieś okołoazjatyckie czary-mary i więcej z tym babrania niż to warte. Ba! Ja jeszcze ubzdurałam sobie, że pewnie to wszystko kosztuje majątek i szkoda bawienia się w deserowanie za tysiące PLNów. W końcu przełamałam się pewnego słonecznego dnia i zrobiłam do niego pierwsze podejście! Raz kozie śmierć, pomyślałam ;-) I za pierwszym razem była to petarda, dacie wiarę! Jakie było moje zdziwienie kiedy okazało się w praniu, ważeniu i liczeniu, że to wcale nie kosztuje majątku! Ba! W drodze po pieluchy czy lakier do paznokci mogę ogarnąć temat zakupów składników. Wszystko, co potrzebne, znalazłam w Rossmannie. Mleko kokosowe na dziale ekologicznym było akurat w promocji, bodajże 7,99 PLN. Przy okazji, mleko rossmannowskie ma przegenialny skład. Zero konserwantów i syfu. 100% mleka kokosowego. Nasiona chia również są nieplastykowe! ;-) Maliny i borówki kupiłam po drodze na targu, i zabrałam się za kombinowanie ;-) Kiedy tak sobie wszystko policzyłam, wystukałam na kalkulatorze, to okazało się, że to całe opakowanie nasion wystarczy ...

    0 0

    Pamiętam moje wakacje w Maroko. Fiuu fiu, kiedy to było! Spędziłam cudnych kilka dni z moją angielską znajomą Keilly. Udało nam się dorwać loty z Manchesteru do Casablanci za 2 funciaki w dwie strony. Aż szkoda było nie skorzystać! Jako, że do sezonu brakowało trochę czasu, a był to kwiecień, wyhaczyłyśmy też kilkudniowy pobyt w jednym z hoteli za niespełna 100 funtów total. Totalnie podjarane tymi wakacjami w środku angielskiej wiosny doszłyśmy do wniosku, że odpoczniemy od pracy, zresetujemy się i nabierzemy sił do walki z barowymi klientami. Ówcześnie obie pracowałyśmy w jednym z angielskich Revolution Vodka Bars – miejscu totalnie koktajlowo zakręconym. Przez pierwsze dni nie ruszałyśmy się z hotelu ani na metr. Jak na typowe leniuchy przystało jadłyśmy i koktajlowałyśmy nawiązując co ciekawsze znajomości. W sumie najbardziej owocna okazała się znajomość z jednym z barmanów, który w ramach dobrej gadki-szmatki zamiast pojedynczych shotów nalewał nam podwójne petardy ;-) Podczas jednego wieczoru zafundował nam coś ekstra, co pamiętam do dzisiaj. To był mix lodów z alkoholem i odrobiną soku. „Że też ja na to nie wpadłam wcześniej!” – pomyślałam. Przyjemne z pożytecznym, owocnym i alkoholowym. 4 in 1! ;-) Dzisiaj sprzedam Wam przepis na to cudo. Polecam Wam zrobienie go z ...

    0 0

    Przyznam zupełnie szczerze bez bicia, że nigdy za rzodkiewką nie przepadałam. Jeśli ktoś przygotował jakieś danie z rzodkiewką – ok, zjadłam ze smakiem, jednak samowolnie ta rzodkiewka nigdy nie lądowała w moim zakupowym koszyku. Moje dzieciństwo bardzo często smakowało rzodkiewkami. Mój Tata dodawał je do jego sobotniego numeru popisowego, czyli twarogu ze szczypiorkiem i przyprawami, który jadło się albo samodzielnie albo lądował on na kanapkach. Ja z kolei od dawna nic sensownego z nich nie mogłam wyczarować. Ostatnio próbowałam przepraszać się z rzodkiewką. Kupiłam kilka pęczków. Podchodziłam do nich chyba ze 3 dni. W rezultacie wylądowały one na kanapkach. Zorientowałam się, że w surowej formie te rzodkiewki nie są dla mnie – tak jakby piekł mnie po nich żołądek i miałam podrażniony przełyk. Doszłam jednak do wniosku, że spróbuję zjeść je w innej formie. Kiedyś moja babcia podsunęła mi pomysł, że jeśli dane warzywo nie smakuje mi na surowo, to warto zrobić użytek jego np. poprzez pieczenie. I to było to! Bingo, eureka i fanfary! Wyobraźcie sobie, że po ich pieczeniu nie tylko zyskały one na smaku, ale złagodniały i żadnego pieczenia żołądka nie odnotowałam, po ich zjedzeniu. Ba! Mój trzylatek był zachwycony ich smakiem i jutro też postawią na ...

    0 0

    Jeśli mieliście okazję zobaczyć moje wczorajsze parę minut w Pytaniu na Śniadanie, gdzie z serduchem wyskakującym spod bluzki z powodu stresu produkowałam się na temat syropów na przeziębienie i odporność ;-), to pewnie usłyszeliście o syropie z buraka. Patent, o którym zaraz Wam opowiem, sprzedała mi Kasia, Czytelniczka. Ale pod ostatnim postem z syropem z cebuli okazało się, że jeszcze kilka innych osób oprócz Kasi zna ten sposób o którym poniżej, dlatego widać, że służy nie tylko mi, z czego ogromnie się cieszę! Cholera, wkroczmy w tę jesień zdrowi i przetrwajmy tacy aż do lata! :-) Przy okazji, na Wasze życzenie podsyłam Wam link [klik] do wczorajszego mojego krótkiego epizodu w PnŚ. Bądźcie dla mnie łaskawi ;-) Dzisiejsza misktura jest jedną z najszybszych metod uzyskiwania soku z warzywa, o jakiej słyszałam. Mega wygodna i bardzo intrygująca ;-) Oczywiście, jeśli jesteście w posiadaniu wyciskarki wolnoobrotowej, to miodzio. W wypadku tego rodzaju wyciskania zachowujemy największą ilość witamin. Niekażdy ją jednak posiada.  Sokowirówka też jest spoko. W końcu to dzięki niej nasze babcie i mamy wyciskały soki a my mamy się dobrze, co nie? ;-)  Jeśli jednak nie posiadacie żadnego z powyższych, to nic straconego. Może macie blender w domu? Wtedy takiego buraka kroimy na małe kawałki, blendujemy ...

    0 0

    Nigdy nie sądziłam, że moim problemem będzie zasypianie i budzenie się w środku nocy, a czasami nawet bezsenność. Raczej nie miewałam trudności w tej materii. Zasypianie przychodziło mi szybko a budziłam się zazwyczaj późnym rankiem. Dopiero odkąd mam dzieci, moja doba jest wręcz szarpana na kawałki i nie można mówić o jakiejkolwiek regularności dnia i nocy, o dobrym i długim śnie nie wspominając ;-) Stres też nie sprzyja wysypianiu się. Nie to, że narzekam. Tylko z maleńką tęsknotą czasami wspominam te ciche noce i długie leniwe poranki ;-) Nie działały na mnie nigdy tabletki nasenne, o których zresztą można zapomnieć karmiąc piersią, jak ja teraz. A właściwie inaczej – one działały w pierwszej fazie snu, po czym i tak budziłam się po północy i liczyłam barany, zasypiając w rezultacie około czwartej nad ranem. Pamiętam, że kiedyś zwierzyłam się mojej cioci, że pomału nie ogarniam tych moich maluchów, bo w dzień energii do życia brakuje, kiedy spało się 3-4 godziny nocą. Na co moja ciocia powiedziała w ripoście: – Magda, a piłaś już napój z banana? Nie piłaś?! To spróbuj! Działa cuda! Kiedy wujek przychodził z nocnej zmiany, to ja mu zawsze taki robiłam i spał jak dziecko! Okay, pomyślałam. Domowy napój na dobry ...

    0 0

    Ten deser z nasion chia chodził za mną kilka dobrych miesięcy. Po pierwsze, myślałam, że ten pudding to jakaś wyższa szkoła deserowej jazdy i powinnam sobie odpuścić. Kiedy doczytałam jakie składniki są potrzebne, to wpadła mi do głowy myśl, że [cholera] to jakieś okołoazjatyckie czary-mary i więcej z tym babrania niż to warte. Ba! Ja jeszcze ubzdurałam sobie, że pewnie to wszystko kosztuje majątek i szkoda bawienia się w deserowanie za tysiące PLNów. W końcu przełamałam się pewnego słonecznego dnia i zrobiłam do niego pierwsze podejście! Raz kozie śmierć, pomyślałam ;-) I za pierwszym razem była to petarda, dacie wiarę! Jakie było moje zdziwienie kiedy okazało się w praniu, ważeniu i liczeniu, że to wcale nie kosztuje majątku! Ba! W drodze po pieluchy czy lakier do paznokci mogę ogarnąć temat zakupów składników. Wszystko, co potrzebne, znalazłam w Rossmannie. Mleko kokosowe na dziale ekologicznym było akurat w promocji, bodajże 7,99 PLN. Przy okazji, mleko rossmannowskie ma przegenialny skład. Zero konserwantów i syfu. 100% mleka kokosowego. Nasiona chia również są nieplastykowe! ;-) Maliny i borówki kupiłam po drodze na targu, i zabrałam się za kombinowanie ;-) Kiedy tak sobie wszystko policzyłam, wystukałam na kalkulatorze, to okazało się, że to całe opakowanie nasion wystarczy ...

    0 0

    A niech mnie! ;-) Primo – nie mów, że on nie działa dopóki nie sprawdzisz. Secundo – a jak już sprawdzisz, to koniecznie podziel się ze mną wrażeniami i analizą skuteczności. Mam na myśli ten sposób na upały, to chyba jasne… Zaszalałam z tym libido, co nie? :-D Ostatnio było upalnie jak nigdy. Wszyscy zaczęli narzekać, że jest im gorąco, parno, duszno. Że nie dają już rady. Że ten pot z czoła i pleców wlewa im się do majtek. Że chcą nad morze. Że chcą wakacji. Że nie mają urlopu. Że nie mają siły. Że libido niskie i cycki małe. A my tymczasem sączyliśmy sobie ten dar niebios i trochę chichraliśmy się z Was, ale zdecydowałam, że już dłużej nie mogę być taka dla Was okrutna. Cruella de Mon ze mnie marna. W końcu powiedziałam do mojego Męża : Skarbie, nie mam już siły patrzeć się na tych zmęczonych latem męczenników. Wykażę się dobrocią i podzielę się z nimi naszym panaceum na całe to gorące, diabelskie zło. No dobra… Jeśli naprawdę już musisz. Tak się słodko męczyli a my się tak dobrze przy tym bawiliśmy… [za to “słodko” mi się oberwie ;-P on nigdy tak nie mówi :-D ] Jednak ...

    0 0

    Pamiętam moje wakacje w Maroko. Fiuu fiu, kiedy to było! Spędziłam cudnych kilka dni z moją angielską znajomą Keilly. Udało nam się dorwać loty z Manchesteru do Casablanci za 2 funciaki w dwie strony. Aż szkoda było nie skorzystać! Jako, że do sezonu brakowało trochę czasu, a był to kwiecień, wyhaczyłyśmy też kilkudniowy pobyt w jednym z hoteli za niespełna 100 funtów total. Totalnie podjarane tymi wakacjami w środku angielskiej wiosny doszłyśmy do wniosku, że odpoczniemy od pracy, zresetujemy się i nabierzemy sił do walki z barowymi klientami. Ówcześnie obie pracowałyśmy w jednym z angielskich Revolution Vodka Bars – miejscu totalnie koktajlowo zakręconym. Przez pierwsze dni nie ruszałyśmy się z hotelu ani na metr. Jak na typowe leniuchy przystało jadłyśmy i koktajlowałyśmy nawiązując co ciekawsze znajomości. W sumie najbardziej owocna okazała się znajomość z jednym z barmanów, który w ramach dobrej gadki-szmatki zamiast pojedynczych shotów nalewał nam podwójne petardy ;-) Podczas jednego wieczoru zafundował nam coś ekstra, co pamiętam do dzisiaj. To był mix lodów z alkoholem i odrobiną soku. “Że też ja na to nie wpadłam wcześniej!” – pomyślałam. Przyjemne z pożytecznym, owocnym i alkoholowym. 4 in 1! ;-) Dzisiaj sprzedam Wam przepis na to cudo. Polecam Wam zrobienie go z ...

    0 0

    Przyznam zupełnie szczerze bez bicia, że nigdy za rzodkiewką nie przepadałam. Jeśli ktoś przygotował jakieś danie z rzodkiewką – ok, zjadłam ze smakiem, jednak samowolnie ta rzodkiewka nigdy nie lądowała w moim zakupowym koszyku. Moje dzieciństwo bardzo często smakowało rzodkiewkami. Mój Tata dodawał je do jego sobotniego numeru popisowego, czyli twarogu ze szczypiorkiem i przyprawami, który jadło się albo samodzielnie albo lądował on na kanapkach. Ja z kolei od dawna nic sensownego z nich nie mogłam wyczarować. Ostatnio próbowałam przepraszać się z rzodkiewką. Kupiłam kilka pęczków. Podchodziłam do nich chyba ze 3 dni. W rezultacie wylądowały one na kanapkach. Zorientowałam się, że w surowej formie te rzodkiewki nie są dla mnie – tak jakby piekł mnie po nich żołądek i miałam podrażniony przełyk. Doszłam jednak do wniosku, że spróbuję zjeść je w innej formie. Kiedyś moja babcia podsunęła mi pomysł, że jeśli dane warzywo nie smakuje mi na surowo, to warto zrobić użytek jego np. poprzez pieczenie. I to było to! Bingo, eureka i fanfary! Wyobraźcie sobie, że po ich pieczeniu nie tylko zyskały one na smaku, ale złagodniały i żadnego pieczenia żołądka nie odnotowałam, po ich zjedzeniu. Ba! Mój trzylatek był zachwycony ich smakiem i jutro też postawią na ...

    0 0

    Jeśli mieliście okazję zobaczyć moje ostatnie parę minut w Pytaniu na Śniadanie, gdzie z serduchem wyskakującym spod bluzki z powodu stresu produkowałam się na temat syropów na przeziębienie i odporność ;-), to pewnie usłyszeliście o syropie z buraka. Patent, o którym zaraz Wam opowiem, sprzedała mi Kasia, Czytelniczka. Ale pod ostatnim postem z syropem z cebuli okazało się, że jeszcze kilka innych osób oprócz Kasi zna ten sposób o którym poniżej, dlatego widać, że służy nie tylko mi, z czego ogromnie się cieszę! Cholera, wkroczmy w tę jesień zdrowi i przetrwajmy tacy aż do lata! :-) Dzisiejsza mikstura jest jedną z najszybszych metod uzyskiwania soku z warzywa, o jakiej słyszałam. Mega wygodna i bardzo intrygująca ;-) Oczywiście, jeśli jesteście w posiadaniu wyciskarki wolnoobrotowej, to miodzio. W wypadku tego rodzaju wyciskania zachowujemy największą ilość witamin. Niekażdy ją jednak posiada.  Sokowirówka też jest spoko. W końcu to dzięki niej nasze babcie i mamy wyciskały soki a my mamy się dobrze, co nie? ;-)  Jeśli jednak nie posiadacie żadnego z powyższych, to nic straconego. Może macie blender w domu? Wtedy takiego buraka kroimy na małe kawałki, blendujemy i odciskamy z niego sok. Metoda żmudna, ale też skuteczna. Niestety mniej wydajna! Najciekawsza metodą będzie ta, którą taaadaaam: opiszę Wam ...

    0 0

    Nigdy nie sądziłam, że moim problemem będzie zasypianie i budzenie się w środku nocy, a czasami nawet bezsenność. Raczej nie miewałam trudności w tej materii. Zasypianie przychodziło mi szybko a budziłam się zazwyczaj późnym rankiem. Dopiero odkąd mam dzieci, moja doba jest wręcz szarpana na kawałki i nie można mówić o jakiejkolwiek regularności dnia i nocy, o dobrym i długim śnie nie wspominając ;-) Stres też nie sprzyja wysypianiu się. Nie to, że narzekam. Tylko z maleńką tęsknotą czasami wspominam te ciche noce i długie leniwe poranki ;-) Nie działały na mnie nigdy tabletki nasenne, o których zresztą można zapomnieć karmiąc piersią, jak ja teraz. A właściwie inaczej – one działały w pierwszej fazie snu, po czym i tak budziłam się po północy i liczyłam barany, zasypiając w rezultacie około czwartej nad ranem. Pamiętam, że kiedyś zwierzyłam się mojej cioci, że pomału nie ogarniam tych moich maluchów, bo w dzień energii do życia brakuje, kiedy spało się 3-4 godziny nocą. Na co moja ciocia powiedziała w ripoście: – Magda, a piłaś już napój z banana? Nie piłaś?! To spróbuj! Działa cuda! Kiedy wujek przychodził z nocnej zmiany, to ja mu zawsze taki robiłam i spał jak dziecko! Okay, pomyślałam. Domowy napój na dobry ...

    0 0

    Nadszedł czas na trzeci z moich ulubionych drinków, zgodnie z ostatnią obietnicą! Yayyy! Nie mogłam się doczekać, aby się nim z Wami podzielić. Zrobiliśmy na blogu ostatnio mój ulubiony arbuzowy drink z prądem [klik] i caipirinhę w wersji klasycznej [klik]! Mmmm! Po Waszych mailach sądzę, że były to strzały w dyszkę. Moją trzecią ulubioną opcją na lato jest mojito. Uwielbiam to klasyczne, którzy wszyscy znają, ale latem nie ma opcji, abym nie zaszalała i nie dodała malin, tym bardziej, że sezon na nie pomału się zaczyna. Mojito malinowe to mega kobiecy drink, chociaż mężczyźni też go uwielbiają, czego przykładem jest mój M. Rześkość przełamana lekką słodką-kwasowością, cudo! Z mnóstwem antyoksydantów, które przydają się szczególnie latem. Moje pierwsze malinowe mojito robiłam w Anglii pracując w jednym z Revolution Vodka Bars a następnie The Pitcher n Piano Bar, swoją drogą – szkolenia w tych miejscach należą do najlepszych i najbardziej efektywnych w Europie, dlatego kiedy będzie Wam dane być np. w Londynie, warto przejść się i spróbować ich receptur. W tym drugim własnoręcznie przed każdą zmianą ucieraliśmy maliny na pure, aby móc je później w ogromnych ilościach zaserwować klientom w koktajlach. Ba! Z malinami to był pikuś. Najwiecej zachodu było z krojeniem limonek, które kroiło się ...

(Page 1) | 2 | newer